Wywiad z dr Agatą Turkiewicz
Ewa Siedlecka: - Jak to jest, kiedy kobieta mieszka w męskim klasztorze?
Agata Turkiewicz: - Teraz... - zwyczajnie. Mam swoje miejsce przy posiłkach czy podczas medytacji w świątyni klasztoru. Nie ma problemów.
A były?
Za pierwszym razem w ogóle nie pozwolono mi pracować. Opat
- Tenga Rinpocze - uznał, że nie jestem na to gotowa. Chciał - jak sądzę -
przyjrzeć mi się, zdobyć pewność, że w tym, co robię, jaka jestem, nie ma
miejsca na nawet podświadome uwodzenie.
Kobieta w męskim klasztorze w Tybecie czy Nepalu nie jest niczym niezwykłym,
bo przecież przychodzą tam okoliczni mieszkańcy na rozmaite święta, na pudże
[rytuał buddyjski - red.], mnichów odwiedzają rodziny. Ale zupełnie co innego,
jeśli kobieta ma mieszkać w klasztorze i leczyć mnichom zęby. To się wiąże
z bliskim kontaktem, z dotykaniem. Myślę, że gdyby chodziło o wybór lekarza
dla kleryków, to dyrektor seminarium też wolałby mężczyznę, a nie kobietę,
żeby nie stwarzać sytuacji, które mogłyby rodzić jakieś wątpliwości. Ale kiedy
jechałam tam pierwszy raz, nie myślałam, że będą problemy. Przyjechałam pełna
chęci do pracy, zapoznałam się z wyposażeniem gabinetu, potem pojechałam pozwiedzać
okolicę. Kiedy wróciłam - okazało się, że nie mogę pracować.
Byłaś zła? Ostatecznie musiałaś wydać sporo pieniędzy, żeby przyjechać do
Nepalu.
Nie zła, tylko zdezorientowana. Teraz widzę, że rzeczywiście nie byłam
naprawdę przygotowana: moje zachowanie, mój strój nie były niczym specjalnym
w Polsce, a w klasztorze męskim okazały się nie do zaakceptowania. Musiałam
się najpierw nauczyć szacunku do miejsca i zwyczajów. To zresztą kwestia wyczucia.
Np. niewłaściwe są wąskie, przylegające spodnie. Prędzej można odkryć ramiona,
ale też z wyczuciem. Bluzki bez pleców już bym nie założyła.
Musisz być jak mniszka?
Nie, bez przesady. Zresztą niektórzy mnisi też mają swoje słabostki:
np. w danym sezonie bardziej modne są buty żółte niż pomarańczowe, niektórzy
podszywają szaty innym kolorem, żeby się pięknie odwijały, noszą pierścionki,
plecionki ze sznurków na rękach. A najlepsza metoda, żeby ich zmusić do regularnego
brania przepisanego lekarstwa, to powiedzieć, że jak zaniedbają terminy, to
im pryszcze wyskoczą.
Tak więc mój pierwszy trzymiesięczny pobyt, to było wzajemne przyzwyczajanie się: mnichów do mnie i moje - do nich. Uczyłam się szacunku dla miejsca i zwyczajów, szukałam w sobie spokoju, zrównoważenia, zaufania do samej siebie.
Jakiego zaufania? Do panowania nad swoją kobiecością? Zdolności do ascetycznego życia? Do swoich umiejętności zawodowych?
Głównie to ostatnie. Mam już spore doświadczenie zawodowe,
ale sytuacja, gdy jako lekarz jest się zupełnie samotnym, nie ma się z kim
skonsultować, a trzeba podejmować czynności, które pacjenta kosztują nieraz
wiele bólu - naprawdę jest bardzo trudna. Trzeba też dobrze szacować własne
możliwości, nie podejmować się tego, czego nie da się rady zrobić. Najważniejsze,
żeby nie skrzywdzić pacjenta.
A problemy z kokieterią?
Nie mam. Zdecydowałam się na to, co robię z innych powodów.
Nie potrzebuję akurat w tym miejscu potwierdzenia swojej atrakcyjności. Oni
mnie przyjęli nie jako kogoś z zewnątrz, ale jako członka klasztornej społeczności.
Mam poczucie bycia jej częścią, jestem wobec niej lojalna i zależy mi na tym,
żeby nie wprowadzać zamieszania.
A skąd w ogóle wzięłaś się w Katmandu, w męskim klasztorze?
Od kilku lat pracowałam z chirurgiem - Wojtkiem Ryncarzem,
to on ufundował klinikę w klasztorze Bencien - mieszkał tam dużą część roku
i pracował. Nie wiedziałam o tym, bo on nie lubi się chwalić. Wiedziałam tylko,
że jeździ do Tybetu i Nepalu, ale myślałam, że z Lekarzami bez Granic. I że
żeby robić to samo, musiałabym zdać egzamin z angielskiego. A angielskiego
nie znałam. Kiedy w końcu spytałam Wojtka, powiedział, że oczywiście, mogę
jechać choćby zaraz i że język nie stanowi problemu. Chciał mieć zaufanego
lekarza, który mógłby się z nim w tej pracy wymieniać. Rzeczywiście, angielski
nie stanowił takiego problemu - nauczyli mnie go mnisi w Katmandu.
Ale skąd w ogóle pomysł, żeby borować zęby na Dachu Świata? To musi kosztować fortunę!
Rzeczywiście, tym bardziej, że materiały i sprzęt muszą być
najwyższej jakości, bo w tamtych warunkach nic nie może się zepsuć, a ząb
trzeba zrobić raz a dobrze. Często nie ma żadnej możliwości poprawienia tego,
co się zrobiło, bo pacjent drugi raz nie zejdzie do mnie z gór. Ale to jest
moja cena szczęścia. Jedni harują przez cały tok, żeby np. kupić sobie drogie
narty i pojechać pozjeżdżać w Alpy, a ja - żeby pojechać do kliniki w Katmandu.
Co kto lubi.
Od kiedy pamiętam miałam taki pomysł, żeby pracować gdzieś w zapadłym kącie świata. Np. w Himalajach - chociaż nie pamiętam, dlaczego do głowy przychodził mi akurat Tybet czy Nepal. Na pewno nie chodziło o buddyzm. Na pewno też nie miałam wizji siebie jako "Matki Teresy", kogoś, kto poświęca się dla innych. Ja się nie poświęcam, robię to dla siebie. Kiedy tam jestem - jestem szczęśliwa. Ja im leczę zęby, oni mi dają swoją obecność - czuję, że jestem na swoim miejscu. Wojtek kiedyś mi opowiadał, że jako lekarz w pełni realizuje się pracując właśnie tam - za darmo... Zrozumiałam to fantastyczne uczucie, kiedy nie chce się nic ponad to, co się ma, i można pomagać chorym, którzy bez tego pozbawieni byliby jakiegokolwiek wsparcia. Oczywiście, są codzienne kłopoty, lepsze i gorsze dni, ale tak na prawdę nie ma to większego znaczenia.
Jak wygląda Twoje życie w klasztorze?
Pracuję. Mam po dwudziestu i więcej pacjentów dziennie. A jak
nie pracuję, to robię to, co wszyscy: jem, medytuję, biorę udział w pudżach..
Przeszłaś na buddyzm?
Nie przeszłam, bo przedtem nie wyznawałam żadnej religii. Po
prostu w Bencien okazało się, że buddyzm jest najbliższy temu, co sobie myślałam
na temat życia, śmierci, wieczności. W dodatku na miejscu byli najlepsi nauczyciele,
znalazły się nawet tybetańskie teksty przetłumaczone na polski. Wszystko się
ułożyło tak, jakby tak właśnie miało być od początku.
Kto pracuje w klinice, kiedy ciebie tam nie ma?
Wojtek. Albo nikt. Był moment, kiedy zgłosiło się kilku chętnych
lekarzy, ale okazywało się, że traktowali to jako swoiste safari: zostawali
tydzień czy dwa i jechali dalej. To się nie sprawdziło, bo tylko wprowadzało
chaos w życie klasztoru, bałagan w sprzęcie i lekach - a to niewybaczalne,
bo z perspektywy Kliniki najbliższy sklep na uzupełnienie zapasów jest w Polsce.
Poza tym, zanim rozejdzie się po okolicznych górach informacja, że przyjechał
dentysta, mija trochę czasu i dlatego nie można przyjeżdżać ot tak sobie na
2-3 tygodnie.
Kogo leczysz?
Mnichów z klasztoru Bencien i oczywiście każdego, kto przyjdzie
z zewnątrz. Głównie są to tybetańscy uchodźcy i ich rodziny. Masowa ucieczka
z Tybetu zaczęła się po 1959 roku, kiedy całkowitą kontrolę nad Tybetem przejęły
komunistyczne Chiny. Tybetańczycy uciekają przed represjami, bo Chińczycy
chcą ich siłą asymilować i zabraniają im praktyk religijnych. W Katmandu żyje
od lat liczna społeczność tybetańska, stworzyli nawet tybetańską wioskę wokół
jednej z najważniejszych stup [budowla, w której przechowuje się relikwie
-red] w Boudanath, o której krążą tysiące legend.
Jak się porozumiewasz z pacjentami?
Trochę po angielsku - wielu mnichów zna angielski, trochę po
tybetańsku, a właściwie w miejscowym dialekcie, który jest mieszaniną tybetańskiego
i nepalskiego. Znam kilka przydatnych zwrotów, typu "otwórz usta", "zagryź
zęby", "wypluj". Ale najskuteczniej jest porozumiewać się na migi. Poza tym
mamy wyszkolonego jeszcze przez Wojtka mnicha, który jest świetną pomocą dentystyczną.
Mogę z nim pracować jak z profesjonalną pomocą w Polsce.
Wreszcie zawsze towarzyszy mi któryś z małych mnichów, którzy świetnie instruują pacjentów. Czasem jest ich cała gromada.
Dzieci są mnichami?
Rzeczywiście, większość mieszkańców klasztoru w Bencien - to
dzieci. Nazywa się ich mnichami, chociaż właściwsze byłoby nasze określenie
klerycy. Oni się dopiero uczą, nie złożyli ślubów i niekoniecznie zostaną
mnichami. Można powiedzieć, że klasztor to rodzaj Domu Dziecka, bo wielu z
nich, to sieroty, półsieroty albo dzieci, których rodzice nie byli w stanie
utrzymać. Ale dzieci w mnisich szatach, to w tradycji buddyzmu tybetańskiego
nic nadzwyczajnego. Tylko w klasztorach można dostać darmowe wykształcenie,
a zostanie mnichem, to w tej społeczności coś zupełnie naturalnego. Zanim
Chińczycy najechali Tybet 25% ludności to byli mnisi i mniszki.
Jak znosisz ten tłum "pomocników" w gabinecie?
Ja to lubię! Oni są tacy ciekawscy, radośni. Zresztą nie "roją
się" po gabinecie, nie ruszają czego nie wolno, starsi pilnują młodszych.
Są pojętni, szybko się uczą i potrafią być bardzo pomocni: obsługują ślinociąg,
instruują jak wejść na fotel - wielu pacjentów ze wsi nie ma o tym pojęcia,
niektórzy potrafią położyć się na brzuchu. Tybetańczycy, mali czy dorośli,
w przeciwieństwie do wielu ludzi z Zachodu nie mają żadnych zahamowań przy
uczeniu się. Nie wstydzą się, jak im coś nie wychodzi, nie krępują się powiedzieć,
że czegoś nie rozumieją. Pytają, próbują - aż się nauczą. Śmieją się ze swojej
nieporadności - ale nie ma w tym kompleksów czy drwiny. Dla nich zdobywanie
nowej umiejętności to coś zabawnego, radosnego. Są zresztą niezwykle zręczni
i pojętni, jak chodzi o czynności manualne. I mają wrodzony zmysł współpracy.
Pamiętam, jak kiedyś miałam jechać leczyć zęby mnichom przebywającym na odosobnieniu
w klasztorze Pharping. Musiałam spakować cały sprzęt i nie miałam pojęcia,
od czego zacząć. Stałam bezradna w gabinecie, kiedy wpadły dzieci. I dosłownie
w pół godziny miałam wszystko naprawdę sensownie popakowane.
Bierzesz klinikę w objazd?
Nie dosłownie. Sprzęt, który mamy w klinice, jest identyczny
z tym, który można zobaczyć w nowoczesnym gabinecie stomatologicznym w Europie
- jest to jednak stacjonarny unit. Mamy również mały przenośny unit wojskowy,
który ma wszystkie te same funkcje. Wymaga tylko podłączenia do prądu. Teraz
będziemy mieć agregat prądotwórczy, więc droga w wysokie partie gór będzie
otwarta.
Jak na razie najdalej w góry wysuniętym punktem, gdzie mam normalne napięcie, jest klasztor Pharping. Robimy więc dwutygodniowe sesje wyjazdowe, żeby leczyć zęby ludziom, którzy zejdą z gór. Pierwszy wyjazd był do mnichów odbywających odosobnienie. To było niezwykłe przeżycie. Mnisi zamykają się tam na trzy lata, trzy miesiące i trzy dni, podczas których medytują. Przez ten czas nie powinni mieć kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale kilku z nich miało problemy - bolały ich zęby i Rinpocze zdecydował, że trzeba im pomóc. Zanim weszłam na teren klasztoru musiałam przejść specjalne rytuały oczyszczające.
Kiedyś takie wejście w ogóle nie byłoby możliwe. Jeśli wszystko miałoby przebiegać zgodnie z tradycją, to powinnam zostać za bramą, przekazać sprzęt wydelegowanemu z klasztoru lamie i udzielać mu przez bramę wskazówek, co ma robić. Tak tradycyjnie odbywa się leczenie w nagłych przypadkach.
Jednak mnich-asystent i ja dostaliśmy dyspensę od Rinpoczego i mogłam ich leczyć osobiście. Robiłam to w czasie przerw w medytacjach. Gabinet zorganizowaliśmy na podwórku, koło kuchni, bo tam była bieżąca woda i dostęp do prądu. Zamiast lampy miałam światło dzienne i latarkę, zamiast fotela dentystycznego - krzesło, zamiast spluwaczki - miskę. Mnisi ustawiali się w kolejce na podwórzu. Trzeba się było śpieszyć, bo przerwy między medytacjami nie były długie.
Czy klinika w Bencien jest jedyną darmową kliniką dentystyczną w Nepalu?
Nie, w Katmandu przy klasztorze Seczen, jest klinika z lekarzami
wielu specjalności, także stomatologii, ale jest częściowo odpłatna. Zorganizowały
ją zachodnie organizacje charytatywne. To jest klinika-fabryka, z własnym
personelem sprzątającym. Nasza jest bardziej domowa.
Czy w Nepalu jest jakaś państwowa służba zdrowia?
W Katmandu jest wielki państwowy szpital. Jeśli więc ktoś tu
dotrze, to może wykupić bilet wstępu i teoretycznie powinien otrzymać pomoc.
Ale nie ma gwarancji, że lekarz go przyjmie, ani że mu pomoże.
Jak tradycyjna medycyna tybetańska radzi sobie z leczeniem zębów?
Nie radzi sobie. Ból zębów towarzyszy ludziom z gór przez całe
życie.
Kiedy zrobiłam sobie przerwę na wycieczkę w Himalaje, po okolicy gdzie byłam, rozniosła się wiadomość, że jestem stomatologiem. Zaczęło do mnie przychodzić wiele osób, często bardzo cierpiących z bólu. Dla nich wyjazd do Katmandu na leczenie jest niemożliwy, bo nie mają na bilet autobusowy. A gdyby mieli - to i tak pewnie by nie pojechali, bo boją się podróży. Więc jedyne, co mogą dla siebie zrobić, to kupić proszek przeciwbólowy, zetrzeć go i włożyć do zęba. A jak nie maja pieniędzy na proszek, to mieszają tabakę z wapnem. Jeśli stosują taką mieszankę przez dłuższy czas, zaczynają mieć nowe problemy, bo wapno wysusza śluzówkę.
Kiedy tak oglądałam zęby tych ludzi i słuchałam - najczęściej pokazywanych na migi - skarg, pomyślałam sobie, że cudownie byłoby mieć ciężarówkę, albo dużego jeepa - taki jeżdżący gabinet, z własnym agregatorem, do którego można by podłączyć sprzęt. Zresztą taki sam pomysł miał również Wojtek znacznie wcześniej, tylko że na taką ciężarówkę nie damy rady sami zarobić. Dlatego chcemy powołać fundację dla wspierania kliniki.
Na razie przez dziewięć miesięcy pracujecie w Polsce, żeby uzbierać na leczenie zębów Tybetańczykom w Katmandu. Długo tak będziesz robić?
Mam nadzieję, że zawsze.
No to nic w tym życiu nie uzbierasz.
A po co zbierać? Dla siebie mi szkoda, a póki co, nie miałabym
tego komu zostawić. Zbieram - jak każdy - na to, co dla mnie najważniejsze.
Wysokie obcasy, dodatek Gazety Wyborczej, 22 stycznia 2005.