Mnicha także bolą zęby, Poradnik Domowy,wrzesień 2005

«powróć

    Od kiedy pamiętam, pociągała mnie droga. Chciałam mieć takie zajęcie, które będzie można wykonywać przemieszczając się z miejsca na miejsce. Kiedy skończyłam studia, najlepszym pomysłem wydawał się wyjazd na misję z Lekarzami bez Granic. Jednak ciągle czegoś mi brakowało, np. znajomości języka angielskiego. W lipcu 1999 roku kolega stomatolog, dr Wojtek Ryncarz, zwrócił się do mnie z inną propozycją. Okazało się, że założył właśnie klinikę w tybetańskim klasztorze Bencien w Katmandu i chciał mieć tam zaufanego lekarza. Kiedy tylko mogłam pozwolić sobie na dłuższy urlop, pojechałam do Nepalu. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że klinika znajduje się na terenie męskiego klasztoru. Przyjechałam pełna zapału do pracy, zapoznałam się z wyposażeniem gabinetu i zaczęłam zwiedzać okolicę. Szybko okazało się jednak, że nie wolno mi pracować. Zakaz wydał opat klasztoru, Tenga Rinpocze. Uznał, że kobieta mieszkająca w męskim klasztorze i lecząca mnichom zęby, to co innego niż odwiedzająca ich matka czy siostra. Zatem moja pierwsza podróż upłynęła mi na zapoznawaniu się z kulturą, obyczajami, buddyzmem i medytacjami. Podczas następnej wyprawy, po drugiej stronie Katmandu, znalazłam inną klinikę i tam zaczęłam leczyć zęby okolicznej ludności. Okazało się, że wiąże się z tym dużo większa odpowiedzialność niż w Polsce. Trzeba naprawić ząb raz a dobrze - przecież pacjent drugi raz nie zejdzie do mnie z gór. Tu, w zapadłym kącie świata, materiały i sprzęt stomatologiczny muszą być najwyższej jakości.

    Zrozumiałam, że ta praca daje mi poczucie olbrzymiej satysfakcji. Po trzech miesiącach wróciłam do moich pacjentów w Poznaniu, ale po roku zdecydowałam się na kolejny wyjazd do Katmandu. I wtedy Tenga Rinpocze zgodził się na moją pracę w klasztorze. Byłam mu bardzo wdzięczna za tę możliwość. Z reguły jest tak, że oczekujemy szczególnej wdzięczności za pracę wykonywaną za darmo. W tym przypadku było inaczej. To ja cieszę się z tego, że mogę tam wracać. Przez dziewięć miesięcy w roku pracuję w Polsce, a trzy miesiące w klinice w Katmandu. Gdybym mogła, jeździłabym tam częściej. Zawsze już następnego dnia po powrocie do kraju zaczynam odkładać pieniądze na bilet i leki dla Bencien, który od pięciu lat jest moim drugim domem.

    W Katmandu wstaję skoro świt i cieszę się z nowego dnia. Tam czuję, że jestem na swoim miejscu. Ludzie z reguły są na siebie otwarci, łatwo nawiązać z nimi bliższe relacje. To fantastyczne uczucie, kiedy nie chce się nic więcej ponad to, co się ma, kiedy można pomóc chorym, którym nie pomoże nikt inny. Przy nich nauczyłam się cieszyć ze wszystkiego, co mnie spotyka w życiu. Stałam się częścią klasztoru, chociaż nadal mnisi zachowują wobec mnie dystans. Oni oswoili się ze mną, a ja nauczyłam się szacunku dla ich stylu życia. Jem z nimi posiłki, uczestniczę w rytuałach. Nikt nigdy nie przedstawił mi żadnych reguł postępowania, ale kiedy raz wyszłam w obcisłych spodniach, żeby obejrzeć stupę (budowla, w której przechowuje się relikwie - red.), zawróciłam po kilkudziesięciu metrach pod ciężarem ich spojrzeń. Zależy mi na tym, żeby nie wprowadzać zamieszania do ich życia.

    Moja praca w Katmandu jest o wiele cięższa niż w Polsce. To jest jedyny gabinet stomatologiczny w Nepalu, który leczy za darmo. Przyjmuję więc większą ilość pacjentów, sama sprzątam gabinet i przygotowuję materiały. Mam "pomocników" wśród małych mnichów. Są ciekawscy i radośni. Obsługują ślinociąg, ssak, instruują pacjentów, jak wejść na fotel - wielu z nich odwiedza gabinet dentystyczny po raz pierwszy w życiu. Leczę nie tylko mnichów z klasztoru (jest ich około dwustu, większość to jeszcze dzieci) ale też każdego, kto przyjdzie z zewnątrz. Ostatnio poproszono mnie również o opiekę nad kilkoma nepalskimi sierocińcami.

Tradycyjna medycyna tybetańska nie radzi sobie z leczeniem zębów, a większości ludzi z gór nie stać na wyjazd do Katmandu. Marzymy o ciężarówce albo dużym dżipie - takim jeżdżącym gabinecie z agregatem prądotwórczym. Wtedy dotarłabym do tych, którzy nie są w stanie dotrzeć do mnie. Sami z Wojtkiem nie możemy takiego samochodu ufundować, coraz ciężej przychodzi nam zbieranie pieniędzy na bilet lotniczy i materiały dentystyczne. Dlatego powołaliśmy fundację wspierającą działalność kliniki (www.freemed.pl). Stale pomaga nam również Stowarzyszenie Studentów dla Wolnego Tybetu www.sft.org.pl. Czasami otrzymujemy wsparcie ze strony firm, takich jak Septodent Polska, który przekazał nam partię leków. Wierzę, że klinika będzie mogła działać i rozwijać się jeszcze długie lata.